Listopad, Paryż, 2006 rok, spacer wokoło Placu Bastylii, przypadkowo odkryty targ na Boulevard Richard Lenoir z niezliczoną ilością świeżego, przepysznego, tylko czekającego, żeby coś upichcić, jedzenia. Owoce morza przywiezione przez rybaków chyba prosto z kutra rybackiego; ledwo co zerwane z pola i powiązane w pęczki aromatyczne zioła; kolorowe, dojrzałe, pachnące słońcem owoce; miliard rodzajów oliwek; chrupiące bagietki prosto z piekarnii i te sery… śmierdzące, bądź pachnące (według uznania), wszelkiej maści i koloru… raj dla smakoszy… mogłabym tak chłonąć te zapachy i obrazy dzień w dzień, w nieskończoność. Zdjęcia z szuflady, niepublikowane, odkryte dziś na nowo.
















